Forever Delayed, czyli wyznania nietypowego fana

Niczym PKP. Z wieczną zadyszką. Już nawet nie dwa, ale pięć kroków z tyłu. Świat gdzieś płonie z jakiegoś mniej lub bardziej ważnego powodu, a ja siedzę sobie w swojej skorupce i nawet nie myślę, żeby zrobić grila. Świadomość tego zarówno mnie bawi, jaki i wywołuje ogromne zażenowanie. 

Tak na przykład było z muzyką Ralpha Kaminskiego. To taka opowieść o ciągłym rozmijaniu. O, choćby Carpathia Festival w 2011. Świta mi w głowie letni wieczór, kiedy wracałam z pracy przez rzeszowski Rynek, gdzie szacowny laureat akurat występował. I co? I nic.
"X-Factor"? Podsiadło zakrył wszystko. Zabawne, bo pomimo całego szacunku do jego twórczości, Dawid nie trafił do mojego osobistego muzycznego Olimpu. Ktoś wtedy śpiewał wyżej od niego, ale nawet moja patologiczna predylekcja do wysokich głosów nie pozwoliła mi zapamiętać, kto to był. Teraz już się domyślamy, o kogo chodzi.  
A lata 2016 - 2019, kiedy wychodziły "Morze" i "Młodość"? Czasem zastanawiam się, jak ogromne spustoszenie w mojej pamięci poczyniły nawracające stany depresyjne oraz farmakologiczna szpryca, przyjmowana bez mała od szesnastu lat. Ponad jedna trzecia dotychczasowego życia "na gazie" - w dalszym ciągu nie umiem odpowiedzieć na pytanie, gdzie wówczas byłam.
I wisienka na torcie, czyli koncert w NCK-u w ramach trasy koncertowej z "Korą". Wówczas to O. była w swojej depresyjnej dupie, nie wypadało więc proponować wychodzenia na koncerty. 

M. mnie ostatnio zapytała, jak narodziło się we mnie zainteresowanie ralphową muzyką. Jak to zwykle u mnie - od detalu. Od tej jego charakterystycznej wokalizy, brzmiącej niczym wokalna wprawka operowej diwy. Wysoko jak Thom Yorke czy Artur Rojek, ale mocniej i czyściej. Klocek wpadł do właściwej dziury w dziecięcym sorterze - tej w kształcie serduszka. I tak zaczęło się szaleństwo. Szaleństwo poprzedzone pytaniem: "Ale co to k...rwa jest?"

Komentarze

Popularne posty