niedziela, 2 października 2016

Tempted

Po dziewięciu miesiącach kopania się z koniem wracam na leki. Jeszcze nie wiem, na jakie dokładnie - dowiem się za kilka dni od nowego psychiatry. Najwyraźniej przeżywanie życia "na trzeźwo" nie jest mi pisane. 

sobota, 14 maja 2016

Ready for the funeral

Po tym, jak wszystko siarczyście pieprznęło, pojawiło się światełko w tunelu. A właściwie w tubusie obiektywu. Pod pozorem nauki fotografii zaczęłam znowu widywać się z ojcem. To zdjęcie zrobił mi podczas pierwszej lekcji. Wczesne lato 2006 roku. W rękach Zenit 12xp z Heliosem 58 mm f/2,0. Przymierzam się, by sfotografować Plac Farny w Rzeszowie. 
Kto by pomyślał, że to wszystko tak się skończy? Stojąc z głupią, dość typową dla siebie miną nie miałam pojęcia, że parę lat później fotografia przestanie być tylko i wyłącznie narzędziem służebnym do utrwalania [jakże kocham to określenie] obiektów badanych w pracy magisterskiej. Przestanie bezpowrotnie - podobnie jak rozmiar spodni, który wtedy nosiłam. Przy czym nad utratą pierwszego aż tak bardzo nie boleję. Ale te spodnie...



piątek, 6 maja 2016

Była sobie żabka mała...

Czyli sezon wysypu wiosennego kiczu uważam za otwarty. Na Biprostalu w wersji komunijnej...



... a na Prądniku - majówkowej. Taa, koteczek będzie miał świetną zabawę w ognistym tunelu.



Czy to przypadek, że w pobliskich Zielonkach jest ulica Grillowa?

poniedziałek, 2 maja 2016

Ten Years After

Wtedy wszystko wyglądało inaczej: była noc, jechałam karetką i to nie koniecznie powodowana jakimś świadomym wyborem. Tym razem dotarłam do Kobierzyna po południu, po ponad godzinie spędzonej w dwóch autobusach i tramwaju, by z własnej, nieprzymuszonej woli zmierzyć się ze swoim wstydliwym demonem z przeszłości. 
To chyba jak z rakiem. Chemia albo naświetlania zabijają złośliwą tkankę, ale względna pewność, że "złe" znów nie zaatakuje przychodzi dopiero po kilku latach ciągłego monitorowania organizmu. Mnie nabywanie przekonania, że jest już po wszystkim, zajęło równą dekadę. Długo? Krótko? Nie wiem. Bo czy walkę z lękiem można w ogóle opisywać w takich kategoriach?

Wracając minęłam po drodze oddział 7A. Sikający pod drzewem pacjent zapytał mnie z rozbawieniem, czy dobrze mi w tym szpitalu. Odpowiedziałam, że nie jestem pacjentem. "To kim jesteś?" - zapytał zdziwiony. Odpowiedziałam: "Nie wiem. Ale mogę stąd wyjść i już nie wracać."







niedziela, 17 kwietnia 2016

Careful Where You Stand

Budapeszt. Ona zobaczyła go pierwszy raz - tak na świeżo. Ja byłam tam dokładnie dziesięć lat temu - czyli wtedy, gdy wszystko sypało się w moim życiu bezpowrotnie. 
Może to lepiej, że z tamtej wycieczki nie przywiozłam żadnych zdjęć - dzięki temu żadne przykre kalki nie zdominowały pamięci i mogłam ponownie otworzyć się na to miasto. Senność i depresyjność węgierskiej stolicy wydały mi się jednak znajome.


Tabula rasa, czyli początki na stacji Kelenföld vasútállomás




Wielka Hala Targowa budzi się do życia...



... podobnie jak mieszkańcy miasta.




Turyści w bojowym szyku



Miejscowe rękodzieło ;-)



Senna atmosfera Wzgórza Zamkowego






Pocztówkowy widok na Peszt



Na Placu Bohaterów...



... kwitnie miłość...



... choć rumaki ciągnące rydwan Wojny ciągle wzburzone i drżące.



Synagoga Rumbach. Otto Wagner przewraca się w grobie.



Przejażdżka nocnym tramwajem wzdłuż Dunaju



Parlament nocą - przy nim budynki na Wiejskiej wyglądają jak wielki kurnik [nazwa ulicy zobowiązuje. ;-)]



Szent Gellért tér, najgłębsza stacja czwartej linii budapesztańskiego metra. Cała w mozaice. :-)




A gdzie następnym razem?



Zamknięte. Czas wracać do domu.


wtorek, 15 marca 2016

The time has come again

Lektura na czasie. Mimo całej swej admiracji do Orwella wolę, by stworzony przez niego świat nie wychodził poza ramy książkowych kartek. 


wtorek, 16 lutego 2016

Dworzec Główny Tunel

Czytała, czytała, czytała. I czytała. Czytała, czytała. Czytała. Czytała...


  



Mam nieodparte wrażenie, że tramwaj, w oczekiwaniu na który tak mocno zanurzyła się w lekturze, dawno już odjechał.

czwartek, 11 lutego 2016

Who'll love a girl insane?

Codzienność jest niby w miarę poukładana. Praca, związek, koty, kanarek. Jeszcze nie na swoim, więc skromnie, ale uczciwie. Tyle, że moje wnętrze, przykryte płaszczem kompromisów i konwenansów, czernieje od wewnętrznego pożaru. Owszem, widzę swoje szaleństwo, ale czy leki są w stanie ugasić rozgoryczenie i nieziszczone marzenia? 

sobota, 30 stycznia 2016

All You Need Is Love

Gdy otworzono nam drzwi do pomieszczenia dla kociąt, O. zapytała: "Dlaczego tu jest tak mało boksów? Powinno być więcej." Ale tylko gdy weszłyśmy do środka, zaś z każdej klatki zaczęły wynurzać się małe kocie pyszczki z błagalnym spojrzeniem "weźcie mnie z sobą", jasnym się stało, dlaczego w każdej sali jest tylko dwanaście boksów. Szczerze mówiąc nie wiedziałyśmy, co robić. Nasz wykalkulowany plan, jak ma wyglądać nasz przyszły kot, zawalił się niczym domek z kart. Szczęśliwie pomogła nam pracownica schroniska. "To może wezmą Panie te dwa?" - po czym otworzyła pierwszy od wejścia boks i dała nam do rąk dwóch zaspanych, trzymiesięcznych braci. Biały nie przerwał snu, tylko wtulił się mocno w ramiona O., natomiast bury otworzył swoje zielonożółte oczy i popatrzył na mnie z ciekawością.
"To co, pakujemy?" - zapytała z uśmiechem pani Iza. "Pakujemy." Przed kochaniem nie było już odwrotu.






Minęło już cztery miesiące, odkąd adoptowałyśmy kocięta z KTOZu. Wyrosły na przystojnych i dobrze ułożonych młodzieńców. I kiedy patrzę, jak ścigają się po pokoju albo śpią - spokojni i najedzeni - to myślę sobie, że nasze życie stało się dzięki nim o wiele bardziej... miłe i puchate. ;-)


Śnieżek [pseudonim Koziełło] ...



oraz Sylwester [alias Łasica].



sobota, 23 stycznia 2016

Starman

Bartka odziedziczyłam po poprzedniej ekipie sklepu na Kazimierzu: wraz ze sprzętem, meblami i odpowiedzialnością materialną. Początkowo nieco się czaił, ale gdy nabrał pewności, to bywał u nas klika razy w tygodniu. Prócz zwyczajowego zachwytu nad możliwościami aparatów i obiektywów swojej ukochanej marki, opowiadał zawiłe dzieje swojego życia: ucieczce od "wojny jaruzelskiej", o "tymczasowym", czteroletnim pobycie we Włoszech i emigracji do Kanady. O podróży do Meksyku i o kolarstwie. I o tym, że nadal pomaga ludziom, mimo, że wielu zrobiło go w balona. O książkach i o jazzie. I o niedomykających się zastawkach w jego sercu. Wiedział, że nie zostało mu wiele czasu, ale my to nieco ignorowaliśmy. "Panie Bartku, co Pan gada? Do setki co najmniej". 
Gdy przez kilka dni nie pokazywał się w sklepie, by zapytać, czy jego aparat wrócił już z serwisu, wiadomo było, że coś jest nie tak. I faktycznie - jego serce jednak nie wytrzymało. Kosmita wrócił do gwiazd.




Bartłomiej nie chodził na pogrzeby - nawet wtedy, gdy grzebano któregoś z jego przyjaciół. Był ateuszem, wolał czcić życie. Do samego końca chodził po mieście jak nakręcony i fotografował. "I żadnego zielska nie chciałbym mieć na grobie". Jego woli jednak nie wypełniono. Może i dobrze: przy braku tablicy nagrobnej napisy na szarfach pomogły mi znaleźć miejsce jego pochówku. Przyszłam do niego jednak z pustymi rękami: zamiast palić mu zniczy, wolę pielęgnować w pamięci obrazek, jak stoi przy gablocie ze sprzętem i w ekstatycznym zachwycie powtarza, że jego "Jedyneczka to straszna maszyna".






Serdeczne podziękowania dla Mateusza Morawskiego za udostępnienie zdjęcia pana Bartłomieja. 

wtorek, 20 października 2015

Rondo

Gdzieś przez ciało przepływa jeszcze złość, ale już niedługo. Cztery lata poddańczego znoju i dziecięcych nadziei zamieni się w gumowe drgnięcie spoconej skroni, spowodowane rezonującym wagonem przejeżdżającego tramwaju. Zapadam się. W obojętności. A na Rondzie kolejny raz budzi się jesienne słońce. 



wtorek, 11 sierpnia 2015

Weź mnie na działkę córko

Ostatni raz byłam tam, gdy dziadek jeszcze żył. Wtedy nie było mostu - Wisłok pokonywało się za pomocą drewnianej, dziurawej kładki. Nie było też asfaltowej szosy, tylko spękana ścieżka wijąca się wśród łąk. Spacer na Załęże to była prawdziwa wyprawa.
Teraz dystans znacznie się skrócił - można wygodnie podjechać samochodem, zaś spękaną ścieżynę zastąpiły zwoje gazociągów. Działka jednak trwa - niczym ostatni cypel w walce dziczy z rozrastającym się miastem. Nic się na niej nie zmieniło - wszystko leży w tym miejscu, w którym zapamiętałam. Tylko dziadka zastąpił mój ojciec...