poniedziałek, 20 marca 2017

niedziela, 5 marca 2017

Krowodrza, ach Krowodrza...

Właściwie to nie o nią mi chodziło. Kątem oka widziałam, że kręci się w tle, ale moją uwagę przyciągnęła bardziej studnia do czerpania wody niezdatnej do picia: na tonących w betonie nowoczesnych osiedlach ciężko o takie smaczki dawnej zwyczajności. I chyba właśnie to, że śmiałam nie zwrócić na nią uwagi uruchomiło litanie wyzwisk. "Ty faszystowska szmato! Złodziejska kurwo!" - krzyczała idąc w moją stronę. 
Omiotłam wzrokiem ulicę: nikogo prócz mnie i pyskującej jędzy nie było. Z rozbawieniem stwierdziłam, że to chyba było skierowane do mnie. Stara podeszła do kałuży przy studni i zaczęła moczyć chleb jednocześnie okraszając mnie coraz bardziej karkołomnymi epitetami. "Szpiegujesz za pieniądze! Żeby wszystko mogli ukraść! Suko ty!" Chciałam zobaczyć, kto mnie tak wyzywa, ale gdy tylko odwróciłam głowę w jej kierunku jędza zasłoniła twarz czapką. Żeby obrażać kogoś z otwartą przyłbicą trzeba być nie tylko szalonym, ale i odważnym. 
Trochę zrobiło mi się jej żal, więc postanowiłam odejść bez słowa. Widząc to stara zaczęła drzeć się na całą ulicę. Niech chociaż poczuje się zwyciężczynią w swoim psychotycznym majaku. "Ale dlaczego posądza mnie o szpiegostwo? - myślałam idąc w stronę Placu Inwalidów. "Aaa, no tak! Bo na szyi mam aparat!"



czwartek, 2 marca 2017

On lollipops and crisps

Lęk, który towarzyszy mi od zawsze, nagle uzyskał określony kształt. Może to frazes, ale życie w zgodzie z samym sobą nie jest takie proste jak wybór napoju w puszce. Niemniej, chyba jednak warto się wysilić - wewnętrzne poczucie słuszności obranej drogi uspokaja niczym głaskanie ciepłego wiosennego wiatru.

2 - 1 - 0

niedziela, 2 października 2016

Tempted

Po dziewięciu miesiącach kopania się z koniem wracam na leki. Jeszcze nie wiem, na jakie dokładnie - dowiem się za kilka dni od nowego psychiatry. Najwyraźniej przeżywanie życia "na trzeźwo" nie jest mi pisane. 

sobota, 14 maja 2016

Ready for the funeral

Po tym, jak wszystko siarczyście pieprznęło, pojawiło się światełko w tunelu. A właściwie w tubusie obiektywu. Pod pozorem nauki fotografii zaczęłam znowu widywać się z ojcem. To zdjęcie zrobił mi podczas pierwszej lekcji. Wczesne lato 2006 roku. W rękach Zenit 12xp z Heliosem 58 mm f/2,0. Przymierzam się, by sfotografować Plac Farny w Rzeszowie. 
Kto by pomyślał, że to wszystko tak się skończy? Stojąc z głupią, dość typową dla siebie miną nie miałam pojęcia, że parę lat później fotografia przestanie być tylko i wyłącznie narzędziem służebnym do utrwalania [jakże kocham to określenie] obiektów badanych w pracy magisterskiej. Przestanie bezpowrotnie - podobnie jak rozmiar spodni, który wtedy nosiłam. Przy czym nad utratą pierwszego aż tak bardzo nie boleję. Ale te spodnie...



piątek, 6 maja 2016

Była sobie żabka mała...

Czyli sezon wysypu wiosennego kiczu uważam za otwarty. Na Biprostalu w wersji komunijnej...



... a na Prądniku - majówkowej. Taa, koteczek będzie miał świetną zabawę w ognistym tunelu.



Czy to przypadek, że w pobliskich Zielonkach jest ulica Grillowa?

poniedziałek, 2 maja 2016

Ten Years After

Wtedy wszystko wyglądało inaczej: była noc, jechałam karetką i to nie koniecznie powodowana jakimś świadomym wyborem. Tym razem dotarłam do Kobierzyna po południu, po ponad godzinie spędzonej w dwóch autobusach i tramwaju, by z własnej, nieprzymuszonej woli zmierzyć się ze swoim wstydliwym demonem z przeszłości. 
To chyba jak z rakiem. Chemia albo naświetlania zabijają złośliwą tkankę, ale względna pewność, że "złe" znów nie zaatakuje przychodzi dopiero po kilku latach ciągłego monitorowania organizmu. Mnie nabywanie przekonania, że jest już po wszystkim, zajęło równą dekadę. Długo? Krótko? Nie wiem. Bo czy walkę z lękiem można w ogóle opisywać w takich kategoriach?

Wracając minęłam po drodze oddział 7A. Sikający pod drzewem pacjent zapytał mnie z rozbawieniem, czy dobrze mi w tym szpitalu. Odpowiedziałam, że nie jestem pacjentem. "To kim jesteś?" - zapytał zdziwiony. Odpowiedziałam: "Nie wiem. Ale mogę stąd wyjść i już nie wracać."







niedziela, 17 kwietnia 2016

Careful Where You Stand

Budapeszt. Ona zobaczyła go pierwszy raz - tak na świeżo. Ja byłam tam dokładnie dziesięć lat temu - czyli wtedy, gdy wszystko sypało się w moim życiu bezpowrotnie. 
Może to lepiej, że z tamtej wycieczki nie przywiozłam żadnych zdjęć - dzięki temu żadne przykre kalki nie zdominowały pamięci i mogłam ponownie otworzyć się na to miasto. Senność i depresyjność węgierskiej stolicy wydały mi się jednak znajome.


Tabula rasa, czyli początki na stacji Kelenföld vasútállomás




Wielka Hala Targowa budzi się do życia...



... podobnie jak mieszkańcy miasta.




Turyści w bojowym szyku



Miejscowe rękodzieło ;-)



Senna atmosfera Wzgórza Zamkowego






Pocztówkowy widok na Peszt



Na Placu Bohaterów...



... kwitnie miłość...



... choć rumaki ciągnące rydwan Wojny ciągle wzburzone i drżące.



Synagoga Rumbach. Otto Wagner przewraca się w grobie.



Przejażdżka nocnym tramwajem wzdłuż Dunaju



Parlament nocą - przy nim budynki na Wiejskiej wyglądają jak wielki kurnik [nazwa ulicy zobowiązuje. ;-)]



Szent Gellért tér, najgłębsza stacja czwartej linii budapesztańskiego metra. Cała w mozaice. :-)




A gdzie następnym razem?



Zamknięte. Czas wracać do domu.


wtorek, 15 marca 2016

The time has come again

Lektura na czasie. Mimo całej swej admiracji do Orwella wolę, by stworzony przez niego świat nie wychodził poza ramy książkowych kartek. 


wtorek, 16 lutego 2016

Dworzec Główny Tunel

Czytała, czytała, czytała. I czytała. Czytała, czytała. Czytała. Czytała...


  



Mam nieodparte wrażenie, że tramwaj, w oczekiwaniu na który tak mocno zanurzyła się w lekturze, dawno już odjechał.

czwartek, 11 lutego 2016

Who'll love a girl insane?

Codzienność jest niby w miarę poukładana. Praca, związek, koty, kanarek. Jeszcze nie na swoim, więc skromnie, ale uczciwie. Tyle, że moje wnętrze, przykryte płaszczem kompromisów i konwenansów, czernieje od wewnętrznego pożaru. Owszem, widzę swoje szaleństwo, ale czy leki są w stanie ugasić rozgoryczenie i nieziszczone marzenia? 

sobota, 30 stycznia 2016

All You Need Is Love

Gdy otworzono nam drzwi do pomieszczenia dla kociąt, O. zapytała: "Dlaczego tu jest tak mało boksów? Powinno być więcej." Ale tylko gdy weszłyśmy do środka, zaś z każdej klatki zaczęły wynurzać się małe kocie pyszczki z błagalnym spojrzeniem "weźcie mnie z sobą", jasnym się stało, dlaczego w każdej sali jest tylko dwanaście boksów. Szczerze mówiąc nie wiedziałyśmy, co robić. Nasz wykalkulowany plan, jak ma wyglądać nasz przyszły kot, zawalił się niczym domek z kart. Szczęśliwie pomogła nam pracownica schroniska. "To może wezmą Panie te dwa?" - po czym otworzyła pierwszy od wejścia boks i dała nam do rąk dwóch zaspanych, trzymiesięcznych braci. Biały nie przerwał snu, tylko wtulił się mocno w ramiona O., natomiast bury otworzył swoje zielonożółte oczy i popatrzył na mnie z ciekawością.
"To co, pakujemy?" - zapytała z uśmiechem pani Iza. "Pakujemy." Przed kochaniem nie było już odwrotu.






Minęło już cztery miesiące, odkąd adoptowałyśmy kocięta z KTOZu. Wyrosły na przystojnych i dobrze ułożonych młodzieńców. I kiedy patrzę, jak ścigają się po pokoju albo śpią - spokojni i najedzeni - to myślę sobie, że nasze życie stało się dzięki nim o wiele bardziej... miłe i puchate. ;-)


Śnieżek [pseudonim Koziełło] ...



oraz Sylwester [alias Łasica].