It's real

No i już. Wczoraj zakończyłam trwającą rok psychoterapię, prowadzoną przez panią Be. Nie dlatego, że już sobie ze wszystkim doskonale radzę: faszystowskie przepisy NFZ nie pozwalają na leczenie pacjenta dłużej niż podczas dziewięćdziesięciu spotkań - potem musi nastąpić roczna przerwa w terapii, obojętnie w jakim stanie znajduje się leczony. Przynajmniej obecnie - po tej rocznej karencji - można wrócić do tego samego terapeuty. Kiedyś nawet i to było niemożliwe, więc tak naprawdę całe leczenie trzeba było zaczynać od nowa.
Oczywiście, jestem w nieco lepszej kondycji niż rok temu: znalazłam pracę, umiem w sobie pewne rzeczy kontrolować [np. już nie biję ludzi za pomocą obuwia], być może już niedługo ponownie spróbujemy z doktorem Ka. zmniejszyć mi dawki psychotropów. No git po prostu, nic tylko rzygać tęczą i srać słońcem. No więc gdzie ten problem, bo przecież ja zawsze szukam dziury w całym... Ano że tak naprawdę znów zostaję z tym całym życiowym śmietnikiem sama. Nieprawdopodobne? Więc dlaczego, gdy tylko zacznę jakiś trudniejszy temat, to większość milczy lub od razu zmienia temat? Ktoś zaraz rzuci, że to z bezsilności. Tylko co by się stało ze światem, gdyby nagle absolutnie wszyscy skupili się wyłącznie na swojej dupie, bo przecież są tylko ludźmi i inaczej nie mogą? Jaki jest więc sens tych szumnych deklaracji o wzajemnej empatii? Po co nam technika, która zamiast rzeczywiście łączyć jest jedynie ułudą prawdziwej międzyludzkiej więzi? Pytam, choć wiem, że nikt nie odpowie. Ach, to nasze "człowieczeństwo"...

Komentarze

Popularne posty