Czterdzieści i cztery

Moja przygoda z Coldplay zaczęła się jesienią 2002 roku. Jako niezbyt nieobeznanemu z muzyczną alternatywą zjadaczowi dźwięków wpadła mi w ucho puszczana na okrągło w radio piosenka „In My Place”. Nie wiem, co podobało się w niej innym, skoro miała takie powodzenie w radiowych listach przebojów, ale mnie utkwił w pamięci wysoki, lekko zawodzący głos Chrisa Martina. Mam bowiem w sobie jakąś dziwną predylekcję do wyjących wokalistów – być może nie ma w ich śpiewie klasycznego piękna, przyciąga mnie za to magnetyzm prawdziwego uczucia w każdej wyśpiewanej przez nich frazie. 
Jednakże dorobek Coldplay zaczęłam tak naprawdę oswajać dopiero cztery lata temu: od „Rush Of Blond To The Head” przez „Viva La Vida Or Heath And All His Friends”, „Parachutes”, by tego lata w końcu posłuchać „X&Y” oraz ich najnowszego dziecka – „Mylo Xyloto”. Krążek ten jest generalnie muzycznym podsumowaniem twórczości Anglików. Wszystkie utwory są zanurzone w ich poprzednich wydawnictwach: w jednych dominuje akustyczne, gitarowe granie, w innych bogate, klawiszowe instrumentarium, systematycznie rozwijane od „X&Y”. Nawiązania do poprzednich albumów słychać także w sposobie śpiewania Martina: jego wibrujący falset z łatwością przechodzi w przyjemny, niski rejestr, w znacznej mierze cechujący brzmienie „Viva La Vida”. Jednakże, mimo melanżowego charakteru, płyty słucha się bardzo przyjemnie, przede wszystkim dzięki bardzo zgrabnym, króciutkim łącznikom między poszczególnymi utworami, ale także dlatego, że „Krzyś i spółka” spróbowali również nowych rozwiązań. Oczywiście ortodoksyjnych fanów może drażnić styl „Every Teardrop Is A Waterfall” oraz jej sąsiadki „Major Minus”, w których czuć, że przy nagrywaniu albumu kręcił się Brian Eno, a także elektropopowe aranżacje „Paradise” czy „Princess Of China” zaśpiewanej w duecie z Rihanną. Ale pomijając kwestie „ideologiczne”: piosenki te noszą cechy prawdziwych przebojów połączonych z tradycyjnie ładną, coldplayową melodią. Nogi same wybijają rytm o podłogę, więc nie ma się do czego przyczepić. Ten – według mnie – udany flirt ze współczesnym popem świadczy przede wszystkim o otwartości kwartetu, na to, co dzieje się dokoła, a także dużej rozwagi w żonglowaniu mainstreamowymi trendami. 
Czapki z głów, bo ci Panowie nagrali czterdzieści cztery minuty bardzo dobrej muzyki – w dzisiejszych czasach, gdy piosenkarze zapełniają CD zbiorami singli, taki concept album to prawdziwa rzadkość. I dobra wiadomość, bo 19 września tego roku zagrają na Stadionie Narodowym w Warszawie: jeżeli choćby w jednej milionowej myślicie o mnie dobrze, to życzcie mi, by udało mi się dotrzeć na ten koncert i zedrzeć gardło pod same niebiosa, gdy zabrzmi „In My Place”. Ja Wam tego życzę – jeśli oczywiście choć w jednej milionowej lubicie Coldplay. 


A oto, na zachetę, utwór, od którego zaczęło się dla mnie słuchanie "Mylo Xyloto":

Komentarze

  1. Trochę za spokojne, ale nie drażni mnie, więc spoko :D

    OdpowiedzUsuń
  2. No wiem, że nikt nie rżnie... na gitarze... :P

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty