Dwudziesty dziewiąty

Rankiem, dwudziestego dziewiątego kwietnia, było wilgotno. W nocy chyba trochę padało. Mówię chyba, gdyż notowanie stanu pogodny nie miało dla mnie wówczas zbyt wielkiego znaczenia. Właściwie wiele rzeczy przestało mnie wówczas zajmować. Utkwiło mi jedynie w pamięci uśpione miasto - czarna tafla pokryta świecącymi latarniami i neonami. I że w kieszonce kraciastej koszuli mam dowód osobisty. Reszta znalazła się poza czasem.
Więc chyba padało. Po śniadaniu nie dostałam zbyt wielu leków, ale podejrzewałam, że to się szybko zmieni. Pielęgniarki z nocnego dyżuru musiały przecież czuwać ze mną [a raczej nade mną] całą noc. Ale mimo to, że jeszcze nie wtłaczano we mnie zbyt wielu pigułek, przedmioty powoli zaczęły odzyskiwać swoją prawdziwą konsystencję. Po tylu miesiącach przelewania się w przestrzeni - niczym gęsta ciecz - z powrotem zaczęły twardnieć. Bezczas się skończył, wróciła rzeczywistość. Ledwo powstrzymałam odruch wymiotny.
Siedem lat temu, spoglądając przez okno na oddziale 7A, stwierdziłam, że naprawdę musiało padać. Krople na młodych listkach i trawie były nie mniej prawdziwe, niż plastikowy dowód, który nadal miałam w kieszonce.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty